czwartek, 26 września 2013

Wolność, żopa, honor, hospody, szabla, batiuszka i zapętlaj...


Z nabywaniem książek poszczególnych autorów jest różnie. Niektóre kupuje się, bo jesteśmy pewni, że osoba pisząca daną powieść zawsze zaserwuje nam coś na wysokim poziomie. Inne, bo chcemy taniej rozrywki  za odpowiednią cenę i nic ponadto. Natomiast książki Jacka Komudy chyba większość z rekonstruktorów nabywa kierując się... sympatią? Albo tak jak ja wzdychając pod nosem: „Dobra, niech ma na owies dla tego konia”.

„Samozwaniec”. IV tomy opowieść o Jacku Dydyńskim, szlachcicu, który jest najbardziej oklepanym bohaterem w twórczości Komudy. Postać posiadająca charakter wyciągnięty z podręcznika do „Dzikich Pól” albo z amerykańskiego westernu (takiego z uroczym patosem). Bohater ten jest po prostu nudny, ale cóż – trzeba się z tym pogodzić, bo będzie z nami przez IV tomy. I nie zaskoczy nas niczym (chyba tym, że jeden z jego przeciwników - Dworycki jest dużo lepiej wykreowana postacią). 

Jacek Komuda (Fot. Robert Łakuta)
Dla przypomnienia: akcja powieści osadzona jest w czasie pierwszej dymitriady, Jacek nad Jackami (mi się zawsze kojarzy, nie wiem czemu, z plackiem nad plackami...) musi znaleźć swego wuja, który zaginął w Państwie Moskiewskim. W międzyczasie zetknie się z samym Dymitrem Samozwańcem, trafi na ślady Mrocznego Spisku, zyska carską łaskę, by gładziutko później popaść w niełaskę (i odzyskać łaskę), pomiesza plany wspomnianych Mrocznych Spiskowców oraz ich Mrocznych Działań. I w ogóle będzie się działo dużo acz nieskomplikowanie. A główny bohater ma ze sobą jeno fantazję, szablę, honor, spryt, dumę oraz wolność. Wszystkie w jakości szlacheckiej

Rys. Hubert Czajkowski
Czy kwiatki się zdarzają? Rzadko, ale jak już, to są nad wyraz urocze, np. Dymitr zakładający na głowę magierkę, a następnie szyszak. Nie ma się co dziwić, bo to wszak Moskal (a jak mało są oni warci, to dowiesz się z lektury). Ponadto w książce występuje niemałe natężenie cudów! Pewnym momencie wypada po jednym na kartkę, ale przecież nie raz się mawia, że to były cudowne czasy.

Jeżeli chodzi o słownictwo, to dam Wam kilka zwrotów, które ciągle pojawiają się w IV tomie, a dzięki którym sami możecie stworzyć kolejny. A zatem: spasi, hospody, żopa, choj, honor, wolność, fantazja, szabla, batiuszka, a także dłuższe i ambitniejsze jołki wam połki, choj Ci w żopu w miestie ukropu. Zasada  użycia tychże jest nad wyraz prosta. Otóż Polacy i Dydyński mają jak najczęściej używać słów honor, szabla, fantazja, wolność, gdy natomiast reszta wymienionych epitetów związana będzie z Moskwą.

Warto też odnotować, że w tym tomie nie pojawiają się drażniątka, gaiki, etc. Jednak relacje damsko-męskie są nadal na tym samym poziomie (już wy wiecie jakim).

Autorem grafik wewnątrz książki, tak jak i w poprzednich tomach, jest Hubert Czajkowski. Cóż, jego styl rysowania trzeba lubić, bo jest specyficzny, ale mi on nad wyraz odpowiada. Także daję plus.

Inna sprawa ma się z okładką, tutaj jest gorzej. Poprzednie tomy przyzwyczaiły do tego, że na głównej grafice mamy rysunek (mniej lub bardziej udany) z przedstawicielem jednej z formacji kawalerii ówczesnej Rzeczypospolitej. I tak mieliśmy husarza, bodaj jakiegoś pancernego, towarzysza jazdy lekkiej, a tu nagle... Zaskoczenie! Z okładki patrzy na nas Pan Husarz z klipu "Gniew Husarii". Wiadomo, że wyretuszowany, w tle za nim też pędzą husarze z tegoż filmiku. Jak dla mnie - błąd. Nie wiem czy dyktowany lenistwem, czy czymś innym, ale mojego serca to nie podbiło. Przez trzy tomy mamy jeden styl, a tutaj taka zmiana? Jestem na nie.

Rys. Hubert Czajkowski
Oczywiście są plusy, a jakże. Książka nie jest przecież fatalna. Autor "Samozwańca" nie używa trudnych anachronizmów, które są ciężkostrawne i nie do przejścia dla zwykłego czytelnika, który nie siedzi "w źródłach". Fabuła jest prosta, nie skomplikowana, nie zmusza do nadmiernego wysiłku zatem czyta się szybko (do piwka idealnie, lub podczas podróży). Porównałbym książkę do czytania wspomnień z klasycznej Małopolsko-warcholskiej sesji w "Dzikie Pola". Wszelkiej maści miłośnicy koni, także dowolnego umaszczenia, będą zadowoleni, bo jak to u Komudy - wierzchowce są hołubione i traktowane z należytym szacunkiem. Chociaż koniarze mogą sarkać na scenę w ubojni, ale cóż, takie życie... Spokojnie, nie zdradzam Wam fabuły, bo tym zajmuje się autor na początku każdego rozdziału, w podpunktach by było trudniej.

I pojawiają się nam nazwiska Panów Braci znanych z rekonstrukcji, ale nie napiszę Wam o których tu chodzi, o nie!

Tak, krew, wyzwiska, pojedynki, i alkohol pojawiają się w dużej dawce. Zdarzają się majtania przyrodzeniem, większym lub mniejszym, wiatry i tego typu rozrywki ludu ciemnego, bo moskiewskiego. Sceny przemocy oraz gwałtu mają miejsce, a ich opisy są, hm... uznajmy, że w sam raz oddają o co chodzi. Oczywiście, przy opisach polskiej szlachty roi się od drogocennych guzów, bogactw, biesiadowania. tak jak przy moskiewskiej czerni smrodu, biedy i ciemnoty. Jest prosto, jest czarno-biało, nie zgubisz się czytelniku.

Przejrzałem opinie oraz recenzje znajdujące się innych portalach, które są w dużej mierze optymistyczne, także warto przeczytać je dla porównania (znajdziecie bez problemu). Wydaje mi się, że wynika to z faktu, że książka... Jest naprawdę prosta i w takiż właśnie sposób łechce nasze ego. Polacy w książce, nawet jak są opojami, to i tak prezentują się lepiej aniżeli Moskale. I najważniejsze - zdobywamy Moskwę. Pełni dumy, fantazji, honoru oraz... Zapatrzenia w siebie?

Ostatnia sprawa: Jacek Komuda w wywiadach z lubością odcina się od Sienkiewicza i wręcz wynosi ponad niego. Na Sienkiewiczu wychowało się tysiące Polaków, a przy Komudzie, w mym odczuciu, tysiące Polaków sączyło piwko. Nie bojąc się, ze stracą coś z fabuły. To odżegnywanie się od Sienkiewicza jest o tyle zabawne, że w rożnych powieściach autora "Samozwańca" nie raz pojawiają zwroty znane nam z dzieł noblisty. O klasycznym "śmierdzącym bydlęciu" nie wspomnę. Ale może to ukłon od ucznia, który w swym mniemaniu przerósł mistrza? Nie wnikam już, bo i samo porównywania dwóch autorów jest przecież bez sensu.

W skali sześciostopniowej oceniam IV tom "Samozwańca" na 3. Ot, rzemieślniczy produkt z Fabryki (ha, dosłownie), za który należy się autorowi zapłata. Chociaż... czy te prawie 40 złotych to nie jest czasem zbyt wygórowana cena?






1 komentarz:

  1. Jeszcze nie czytałem 4 tomu ale mam nadzieję że będzie lepszy od 3 bo ten jak na razie był najgorszy z całej serii Samozwańca. Wolę czytać opowiadania Komudy niż powieści bo lepiej sobie radzi z krótka formą, w powieściach jest zbyt rozwlekły.

    OdpowiedzUsuń